• Udostępnij na Google+

 

Wraz z końcem majora, kończą się również codzienne podsumowania. Turniej zamknął mało emocjonujący finał, a nam została już tylko najważniejsza część imprezy, domknięcie formalności. Pogadajmy o tym, jak Polacy poradzili sobie w Kolonii… 

 

Najlepszy turniej od bardzo dawna

Takimi wypowiedziami kończy się praktycznie każdy nasz występ. „Nie potrafię grać”, „Pokażcie mi, jak się używa myszki”, „Koszmarny turniej z naszej strony” etc. Panowie panikują. Samokrytyka wchodzi na niewyobrażalnie wysoki poziom, ma swoją kulminację w krótkim poście na Facebooku, aż wreszcie uchodzi w komentarzu kilka dni później: „To była tylko nauczka, w następnym turnieju zrobimy wszystko, żeby pokonać wszystkich!”. Zabrzmiało trochę jak hejt, prawda? Bynajmniej…

Lubię sobie bowiem wchodzić w komentarze pod tymi postami. Tymi pierwszymi, pełnymi samokrytyki. Najczęściej lajkowane odpowiedzi to zazwyczaj: „Dajcie spokój! Zagraliście świetnie, (ćwierć/pół)finał to też dobry wynik, przegraliście z mistrzami!”. ESL One Cologne to pierwszy turniej od naprawdę dawna, kiedy można tym „poprawiaczom humoru” przyklasnąć. Tym razem faktycznie zagraliśmy mocny turniej i powinniśmy wracać z Niemiec z podniesionymi głowami.

 

TaZ wraca do formy

TaZ miewał swoje słabe momenty. Ba, momentami wielcy hejterzy Virtusów domagali się jego odejścia bardziej niż wymiany Pashy. Mówiło się wtedy o jego niepisanej roli w składzie. Virtus.pro nie zmienia składu, Virtus.pro po prostu szuka rozwiązań problemu wewnątrz. Wiktor po raz kolejny dowiódł swojej wartości i zamknął usta wszystkim, którzy już widzieli go jako trenera albo analityka.

Świetny turniej z jego strony! Tak jak jesteśmy przyzwyczajeni do określonego poziomu byali’ego albo snax’a, tak nikt nie spodziewał się rewelacji, jakie TaZ sprzedawał nam w kolejnych meczach. Inteligencja, doświadczenie, skill, pewność siebie i kilka naprawdę kapitalnych akcji, które już od kilku dni dumnie przodują w internetowych montażach. Co najważniejsze, taki poziom reprezentowany przez TaZ’a może tylko nam pomóc. Nikt swoją grą nie wpłynie na drużynę tak pozytywnie, jak on.

 

Strona CT wygląda dużo solidniej

Jeżeli ktoś śledził mecze Polaków między majorami, powinien wiedzieć, czym był nasz ostatni największy problem. Graliśmy okropne CT. Zaczęło się mówić o świetnej grze po stronie terrorystów na trainie, głównej przyczyny naszych licznych zwycięstw na tej mapie. Mocne terro, zmieniło się w słabe CT. Jeszcze pierwszy mecz z mousesports zapowiadał kontynuowanie tej tendencji. Nie mieliśmy żadnego pomysłu na defensywę. Bezsensowne skracanie, marny timing, brak taktyk… W Kolonii trochę się pozmieniało.

Wystarczy spojrzeć na BO3 z Astralis, gdzie dwukrotnie przekroczyliśmy po stronie CT dwucyfrowy wynik. Wyznacznikiem naszego powrotu do formy i poprawy względem ostatnich miesięcy jest jednak wygrany przeciwko SK Gaming cobblestone. Właśnie tam pokazaliśmy klasę, kapitalne strategie, przygotowanie i opanowanie. Nie daliśmy się pokonać nawet po pięknej akcji coldzery w dogrywce. Weszliśmy rushem po zgarnięciu pierwszej rundy, zostaliśmy wybici przez jednego zawodnika, a mimo to dziesięć minut później wygrywaliśmy całą mapę.

Cobblestone jest głównym powodem moich pozytywnych myśli odnośnie przyszłości Virtusów. Ależ kapitalnie oglądało się ten mecz! Faza grupowa i ćwierćfinał po prostu potwierdzają moje wnioski wyciągane z meczu przeciwko SK. Dawno z taką przyjemnością nie oglądałem rewatcha pojedynku Virtusów, niezależnie od końcowego wyniku.

 

Ale…

Chyba nie spodziewaliście się, że na tym skończę cały artykuł… Nieskromnie stwierdzam, że mój tweet jest doskonałym podsumowaniem wszystkich problemów VP podczas tego majora. Mimo świetnej gry, włączonego myślenia, przygotowanych taktyk i imponującego opanowania, ta porażka miała w sobie coś, co lubię w swojej głowie nazywać „pierwiastkiem Virtus.pro”. Na szczęście w Kolonii były to tylko przebłyski, ale właśnie te przebłyski sugerują, że panowie mają jeszcze przed sobą sporo pracy.

Nie powinniśmy wybierać nuke’a w półfinale z SK. Po prostu. Przez bardzo długi czas myślałem, że mamy jakiś plan. Potajemnie uczyliśmy się tej mapy, żeby zaskoczyć w najlepszym do tego momencie. Brazylijczycy wyprowadzili mnie z błędu w zaledwie pięć pierwszych rund. Druga sprawa to oczywiście mirage. Nie chcę być złośliwy, ale TaZ’owi chyba przypomniało się, dla jakiej gra drużyny. Znowu zaczęliśmy się szybko sypać, panowie ginęli od własnych Molotovów, próbowali głupio to argumentować i tracili rundy przez własne błędy.

Virtus.pro było jedyną drużyną na tym turnieju, która mogła pokonać SK i zniszczyć ich marzenia o obronieniu tytułu. Pewnie nie powinienem tego mówić tak dosadnie, ale tylko ta myśl chodziła mi po głowie po skończonym finale. Nie mówię już nawet o jednostronnym nuke’u. Wystarczyło powstrzymać się przed kilkoma głupotami na mirage’u, a wszystko mogło potoczyć się zupełnie inaczej.

 

Myślenie o przyszłości napawa optymizmem

RTEmagicC_champions.jpg

Na szczęście z tych mniej przyjemnych rzeczy można też wyciągnąć coś pozytywnego. Przecież przed chwilą napisałem, że mogliśmy pokonać najlepszą drużynę na świecie! Virtus.pro wyglądało naprawdę dobrze podczas ESL One Cologne 2016. Przecież nie bez powodu zawędrowaliśmy aż do półfinału. Bardzo pewnie pokonaliśmy fazę grupową, pokazaliśmy klasę w meczu przeciwko Astralis i domknęliśmy ten dobry występ pojedynkiem z SK Gaming. Właśnie z takimi pozytywnymi myślami powinien nam się kojarzyć miniony turniej.