• Udostępnij na Google+

Deweloperzy nieustannie poszukują luki pomiędzy League of Legends a Dotą. Poirytowanych, zmęczonych głośnymi multiplayerami graczy, którzy są skłonni pokochać nieśmiałą konkurencję dla giganta Riotu. Podobny business plan przyświecał prawdopodobnie Gigantic, nowej MOBIE debiutującej na Steamie niecałe dwa tygodnie temu. W tym przypadku nie chodzi wyłącznie o to, czy jest jeszcze miejsce na kolejną tego typu grę, ale czy ten konkretny tytuł ma w sobie coś, co zbuduje wokół siebie społeczność. 

Perfect World Entertainment, wydawca Gigantic, postawił na popularną ostatnio metodę reklamy – streamy sponsorowane. Odpowiedzialni za marketing gry ludzie postanowili sięgnąć do miejsca, gdzie zbiera się znaczna część graczy lubujących się w multiplayerach. W dzień premiery na liście popularnych gier Twitch.tv zawitał nowy tytuł, a swoich sił próbowało w nim na zmianę kilkunastu czołowych streamerów. Nazwa rozeszła się echem po całej społeczności i w końcu dotarła również do mnie…

Gigantic na pierwszy rzut oka robi bardzo pozytywne wrażenie wizualne. Kiedy mijają kolejne godziny, w tej kwestii nie zmienia się nic, a oryginalna grafika wyrasta na jedną z najsilniejszych aspektów nowej MOBY. Kreska, przywołująca na myśl komiksy, cieszy oko, idealnie współgrając z animacjami różnych umiejętności i samym zaprojektowaniem postaci. Mapy może nie mają już się tak dobrze, bowiem ich różnorodność aktualnie opiera się głównie na standardowej zmianie klimatów, ale za to bohaterowie szybko zapadają w pamięć dzięki swoim charakterystycznym cechom.

Jeżeli chodzi o same zasady gry, nie spodziewajcie się większych rewolucji. Unikalną dla Gigantic mechaniką mają być Guardiany, którzy w praktyce działają niczym bardziej przyjazne wizualnie Nexusy z League of Legends. Zadaniem każdej z drużyn jest przejęcie jak największej liczby odpowiednich punktów na mapie, zebranie dzięki nim punktów energii i kiedy jej liczba dobije do setki, zaatakowanie strażnika przeciwników. Udany atak zabiera jedno z trzech żyć Guardiana.

W praktyce rozgrywka jest więc bardzo udanym balansem pomiędzy walką o objectivy a faktycznym zabijaniem drużyny przeciwnej. Zabójstwa dają nie tylko przewagę na mapie, ale również dodatkową energię oraz ochronę dla strażników. Zwycięstwo składa się więc na obronę swoich punktów, kontrolowanie zdobywanej energii i mechaniczną przewagę nad wrogimi bohaterami. Pod tym względem Gigantic udało się stworzyć zaskakująco kompletną rozgrywkę. Kontrola nad mapą w dużym stopniu przyczynia się do wygranej, co w większości przypadków sprowadza się do widowiskowych teamfightów.

Równie udane podejście twórcy Gigantic zastosowali względem projektowania postaci. Znalazłem wśród poradników dla nowicjuszy na oficjalnej stronie gry zakładkę pomagającą wybrać swojego bohatera na początek. Uncle Sven ucieszy fanów platformówek lub supportów z MMORPG, a Imani idealnie nada się dla tych, którzy większość swojego życia spędzili przy FPS-ach. Mimo że na początku brzmi to odrobinę absurdalnie, całość nabiera sensu, kiedy lądujemy na polu walki.

Postaci zostały zaprojektowane w oparciu o mechaniki z różnych gatunków gier. Imani jest zwyczajną snajperką rodem z arcade’owych FPS-ów. Z drugiej jednak strony Gigantic wciąż operuje głównie widokiem z trzeciej osoby, a reszta postaci przypomina bardziej Smite’a czy Paragon. Twórcom udało się jednak zbalansować większość bohaterów i wprowadzić odrobinę świeżości w wyborze postaci.

Wszystkiego dopełnia interesujący system specjalnych umiejętności, które w większości gier z tego gatunku są po prostu „ultami”. Aktywność, zadawane obrażenia oraz trafiane skillshoty ładują pasek naszego Focusa. Kiedy zbierzemy odpowiednią ilość, możemy zadecydować jak zużyć dodatkowe punkty. Pierwszą możliwością jest użycie silnej, unikalnej umiejętności, a drugą… ulepszenie stworów broniących przejętych przez naszą drużynę punktów. Na każdym punkcie przyzywamy uroczego pomocnika, który pełni jedną z trzech wybranych funkcji – leczy pobliskich sojuszników, ujawnia pozycję przeciwników lub tworzy ściany blokujące przejście wrogom. Stajemy więc przed wyborem pomiędzy potencjalną wygraną jednego teamfightu albo większą kontrolą nad mapą.

Mimo wszystkich powyższych zalet, Gigantic dalej sprawia wrażenie, jakby nie różnił się wiele od swojej konkurencji. Aktualnie potrzeba znacznie więcej, żeby wybić się ponad resztę w gatunku, który jest tak regularnie oblegany przez nowe tytuły. Jesteśmy na etapie, kiedy gracze zostawiają OverwatchaCounter Strike’a czy League of Legends dla PlayerUnknown’s Battlegrounds. W tak niewygodnym momencie potrzeba cudu, małej rewolucji albo tony pieniędzy, żeby zbudować wokół swojej gry silną społeczność.

Gigantic w rezultacie wypada zaskakująco przyjemnie, robi dobre wrażenie wizualne i imponuje ciekawymi mechanikami. Wciąż brakuje jednak czegoś, co złapałoby za gardło i nie puszczało przez długie godziny. Nowy tytuł Motigi może zdać egzamin jako solidna odskocznia od czołowych multiplayerów, ale na razie brakuje jej warunków, żeby zacząć z nimi konkurować. Deweloper stoi teraz przed kilkoma bardzo istotnymi miesiącami. Jeżeli podejmą odpowiednie decyzje i nie przerwą regularnego wsparcia swojego tytułu, możemy jeszcze o Gigantic usłyszeć.