• Udostępnij na Google+

 

Od pierwszych minut widać, że największą inspiracją reżysera były first person shootery. Widać to zarówno po wątłej fabule i sztampowym nemezis, ale również po konstrukcji filmu. Co najważniejsze, całość faktycznie nakręcona została z perspektywy pierwszej osoby. 

Henry budzi się w dziwnym pokoju z atrakcyjną blondynką przed oczami. Dowiaduje się o amnestii, kobieta przykręca mu kończyny, zaczynamy domyślać się, że jest czymś w rodzaju robota, a chwilę później rozpoczyna się akcja. Akcja, która nie ustaje przez następne półtorej godziny. Akcja przerywana wyłącznie przez krótkie fabularne wstawki mające na celu naprowadzenie głównego bohatera na kolejny krok niezbędny do osiągnięcia celu – pokonania swojego nemezis i uratowania ukochanej.

Pozwólcie, że rozłożę ten film na czynniki pierwsze, zaczynając od kwestii fabularnej. Nie ma najmniejszego sensu, żeby się nad nią rozwodzić, bo równie dobrze mogłaby nie istnieć. Fabuła jest w tym przypadku jedynie dopisana na kolanie do chęci stworzenia filmu składającego się z nieustannego mordowania. Nemezis jest fatalny, jego plan stworzenia wielkiej armii robotów to banał, a całą produkcję można opisać jednym zdaniem. Ilya Naishuller od samego początku uświadamia widzom, że nie powinni doszukiwać się w tym filmie głębszego sensu.

Całkowicie rozumiem pomysł z widokiem z pierwszej osoby, ale wrażenia z takiego półtoragodzinnego seansu oceniam na mocne 2/10. Wspomniana koncepcja jest wystarczająco irytująca, kiedy ogląda się to na YouTube. Byłbym w stanie znieść takie podejście przez 30 min. Kiedy zdałem sobie sprawę, że została jeszcze godzina, każde kolejne kilkanaście minut coraz bardziej mnie męczyło. Co prawda odchodzi to zdziwienie i dyskomfort odczuwany na samym początku, jednak przychodzi nieustające pytanie odbijające się echem prawie do samego końca seansu: „Po co?”. Rozumiem, że w ten sposób nawiązanie do gier wideo staje się bezpośrednie, ale jest przy okazji bardzo ograniczające. W wielu momentach kamera się trzęsie, niektóre sceny zyskują na brutalności, a czasami nie wiadomo nawet, co się dzieje. Perspektywa pierwszej osoby daje bardzo małe możliwości.

Najgorszym aspektem całego filmu, w moim odczuciu, jest właśnie ta nieszczęsna perspektywa. W rezultacie większość scen wygląda dokładnie tak samo. Pamiętacie „Johna Wicka”? Motywacja była banalna, a fabuła do opisania w jednym zdaniu. Ale jak to wyglądało! Estetycznie i klimatycznie zostałem porwany do całkowicie innego świata. Nie potrzebowałem dwudziestu minut ciszy i dywagacji nad sensem życia ze strony Keanu Reavsa, żeby skakać z radości na wieść o nadchodzącym sequelu. Tymczasem „Hardcore Henry”, mimo wszystkich tych zgrabnie wplecionych nawiązań i zaczerpnięcia inspiracji ze świata gier, strasznie mnie znudził. Gdyby pierwsza godzina była równie dobra co ostatnie 10 minut, moglibyśmy mówić o zupełnie innym filmie.

W grach wideo takie rzeczy przechodzą ze względu na fakt, że to my zabijamy wszystkich tych Rosjan. Wybieramy różne sposoby ich śmierci, zmieniamy bronie, sprzedajemy setki headshotów i nie martwimy się za bardzo fabułą… Nie zrozumcie mnie źle, Henry mordujący kolejne roboty z „Don’t Stop Me Now” w tle wywołał ogromny uśmiech na mojej twarzy, ale na dłuższą metę jest to dokładne przeciwieństwo tego, czego szukam, idąc do kina. Wybierając kolejny seans, czytam opis FABUŁY, który w tym przypadku powinien ostrzegać o jej marginalnym znaczeniu. Dla mnie może się nie dziać nic, jeżeli będzie to miało głębszy sens, zmusi mnie do jakichś przemyśleń i dostarczy odpowiednich emocji. Seans „Hardcore Henry’ego” pozostaje niestety wyłącznie ciekawostką, a konwencja na jakiej został oparty, nie nadaje się na wielki ekran.