• Udostępnij na Google+

 

Jedna z najlepszych i najpopularniejszych gier platformowych doczekała się swojej ekranizacji. Odważny lombaks Ratchet wraz z robotem Clankiem zadebiutowali w kinach przy okazji premiery ich nowych przygód na PlayStation 4. Cały ten humor, świetni bohaterowie i zgrabnie utykane intrygi miały zostać przeniesione na duży ekran. Czy się udało? 

Fabuła najbardziej przypomina pierwszą odsłonę gry. Twórcy zaserwowali nam historię o początkach przygód Ratcheta i Clanka. Obserwujemy lisa przy pracy, widzimy, jak z maszyny produkcyjnej wychodzi wadliwy robot, by para bohaterów wreszcie na siebie wpadła i rozpoczęła wspólną przygodę. Stawką w tym przypadku jest istnienie całej galaktyki. Okrutny Drek, w ramach zemsty za swoje pełne przykrych wspomnień dzieciństwo, stworzył deplanetyzator, za pomocą którego chce zniszczyć wszystkie planety i stworzyć z nich jedną, idealną.

Scenariusz wypada chyba najmocniej z całej animacji, co nie oznacza niestety, że twórcom należą się za ten aspekt pochwały. Budowa „Ratcheta i Clanka” jest bardzo prosta i bezpośrednia. Film po prostu przeplata kosmiczne pojedynki z krótkim opisem ich przyczyn. Seans trwa zaledwie półtorej godziny, a większość tego czasu bohaterowie spędzają, planując jakiś atak albo już go przeprowadzając. Jeżeli nawet Avengersi znajdują chwilę oddechu na wspólne imprezowanie przy odrobinie alkoholu, Strażnicy Galaktyki też powinni. Zabrakło odrobiny luzu, śmiechu i tła do całej tej historii. Widz nie ma okazji poznać i polubić którąkolwiek z postaci, bo na ekranie cały czas walczą i marudzą.

W praktyce historia jest jednak najmniejszym problemem. Aspekt humorystycznych, albo też jego brak, pokazuje, że nikt nie zastanowił się nad grupą targetową produkcji. Banalne żarty o nieporadności czy potykaniu się kilku drugoplanowych postaci przewijają się z dowcipami o aferze podsłuchowej, youtube’owych „łapkach w górę” i Hardkorowych Koksach. W rezultacie nie śmieje się nikt. Weterani growych serii siedzą znudzeni, gimnazjaliści burczą pod nosem, że takie głupoty ich nie śmieszą, a dzieci z „Kiedy to się zacznie, mamo?” płynnie przechodzą w „Kiedy będzie koniec, tato?”. Nie wiadomo, więc do kogo miały być te wszystkie żarty kierowane, skoro nikogo nie bawią.

Polski dubbing… jest  w porządku. Jerzy Kryszak odwalił kawał dobrej roboty, reszta bohaterów wypada nieźle, a tęsknota za growym głosem Ratcheta wraca wyłącznie w tych bardziej dramatycznych momentach. Maciej Musiał wypada wtedy strasznie bezpłciowo i sztucznie. Znika cały luz i charakter postaci. Biorąc jednak pod uwagę te wszystkie banały, które kazali czytać mu z kartki scenarzyści, nie jest to wyłącznie jego wina.

Bardzo chciałbym w tym miejscu postawić ostatnią kropkę, ale porażka „Ratcheta i Clanka” boli bardziej, niż mogło wam się początkowo wydawać. Na papierze wszystko wygląda naprawdę zachęcająco. Ba, pierwsze kilkanaście minut też nie zaczyna tak od razu zniechęcać. Animacja stoi na wysokim poziomie, polski dubbing nie odrzuca, a porażkę można w takim przypadku zapisać na konto złych decyzji. W niektórych momentach przez gąszcz marnych dowcipów i nieustannej walki przebijał się klimat, który ja kojarzę z tych kilku ogrywanych przeze mnie tytułów.

Wystarczy więc tylko zastanowić się nad głównymi założeniami swojego filmu i z myślą o ich realizacji zacząć pracować nad kolejną częścią. Podejrzewam, że sequel jednak powstanie. Biorąc bowiem pod uwagę wydźwięk animacji, jej puentę czy ostatnie kwestie, twórcy szykowali się na konkurowanie ze wszystkimi Kung Fu Pandami tego świata. Mam cichą nadzieję, że wezmą sobie do serca gorzkie opinie widzów, usiądą do drugiej odsłony i pozwolą nam zapomnieć o tym przeciętnym debiucie.