• Udostępnij na Google+

Nieco ponad dwa miesiące dzielą nas od następnego Call of Duty. World War II pojawi się na sklepowych półkach już 3 listopada. Zanim jednak całkowicie odłożymy na bok plecaki odrzutowe, warto jeszcze raz spojrzeć na Infinite Warfare. Dlaczego było aż tak źle? Co powinno się zmienić? Jak produkcja Infinity Ward wypada na tle reszty futurystycznych odsłon?

Osoby uważniej śledzące Call of Duty na pewno już wiedzą, że Infinite Warfare nie jest zbyt lubianą przez użytkowników częścią serii. Nigdy nie było momentu, żeby ktoś wychylił głowę ponad falę krytyki i powiedział: „Słuchajcie, to wcale nie jest zła gra!”. Zdarzały się okazjonalne posty na Reddicie, znajdowali się gracze, którym nie przeszkadzały nowe zmiany, ale generalnie większość mutliplayera unikała niczym ognia.

Podobnie było ze mną… Przygotowując się do dzisiejszego artykułu, zrobiłem trochę notatek, które szybko zamieniły się w długą listę powodów porażki Infinite Warfare. Żeby więc nie wyjść na stronniczego albo wylewającego swoją irytację na „papier” nieszczęśnika, powiem, że kampania była przyjemna. Nigdy mnie to w Call of Duty nie interesowało, ale tym razem rozumiem, skąd wzięła się tak pozytywna ocena na Metacriticu. Szkoda tylko, że reszta gry pozostawia wiele do życzenia…

Więcej tego samego

Osobiście uważam to za jeden z ważniejszych przyczyn negatywnego odbioru ostatniej odsłony Call of Duty. Advanced Warfare, Black Ops III i teraz Infinite Warfare… Miłośnicy starego, dobrego CoD-a od trzech lat łkają w poduszkę, a weterani zaczynają narzekać na nadmiar science-fiction. Na pewno nikt nie miałby nic przeciwko, gdyby różne rodzaje Call of Duty zmieniały się co roku. Teraz wrócimy do drugiej wojny światowej, a kolejna część zaserwuje nam podróż do przyszłości. Trzy lata to zdecydowanie zbyt długo.

Nie zrozumcie mnie źle, Black Ops III był jedną z moich ulubionych odsłon całej serii. Moje zainteresowanie grami trwa co prawda zbyt krótko, żeby wszystko dokładnie pamiętać, ale BO3 zjadło najwięcej mojego czasu, zaraz obok Modern Warfare, i zawsze będę wspominał ten rok jako świetny okres dla Call of Duty. Uważam również, że idące w parze z futurystycznym klimatem możliwości wprowadziły sporo świeżości do profesjonalnej sceny. Boosty nad wysokimi ścianami, granaty przelatujące całą mapę, a nawet wylatywanie zza rogu kilka metrów nad ziemią… Potrzebowaliśmy takich zmian.

Jednak wedle starego powiedzenia, co za dużo, to niezdrowo. Kiedy ogłoszono, że po raz trzeci z rzędu Activision wyśle nas w kosmos, fani coraz głośniej zaczęli domagać się powrotu do korzeni. Infinite Warfare startował z przegranej pozycji, nie pokazując przy okazji nic nowego, co pozwoliłoby niektórym stanąć po jego stronie.

Zmiany w złym kierunku

Na początku, po kilkunastu godzinach spędzonych w multiplayerze, byłem całkiem zadowolony z Infinite Warfare. To, co na początku lubiłem nazywać „zepsutym Black Opsem III” sprawiło mi sporo przyjemności i nie zawiodło na tyle mocno, na ile sugerowałaby to większość społeczności.  Później jednak zagłębiłem się w różne odblokowania, klasy postaci i niezbędne do zrobienia zadania, żeby zakwalifikować nowego CoD-a jako jeden, wielki grindfest.

Gameplay nie zmienił się wiele względem poprzednika, a cały zapał Infinity Ward został spożytkowany na mikropłatności. Najbardziej ucierpiał na tym cały system epickich i legendarnych broni. Nagle dodatki przestają mieć takie znaczenie, a wszystko kręci się dookoła tego, co uda nam się otworzyć w zrzutach. Zaczynaliśmy od silniejszych broni białych w Black Ops III, zgrabnie przechodząc w kierunku całkowitego pay-to-win, jakie zaserwowało nam Infinite Warfare.

Oczywiście, żeby być całkowicie sprawiedliwym, możemy dorobić się dobrych, legendarnych broni, nie wydając na nie ani grosza. Wystarczy grind, zbieranie waluty z otwieranych kluczami skrzynek i robienie odpowiednich zadań. Najbardziej smuci jednak fakt, że nikt nie postanowił zatroszczyć się o same mechaniki gry, stworzyć pozory czegoś nowego. Nowe klasy postaci nie są zbyt wiele warte, a resztę gameplayu widzieliśmy już w poprzednich Call of Duty.

Modern Warfare Remastered

Co najzabawniejsze, odświeżona wersja starego hitu, która miała najprawdopodobniej zwiększyć sprzedaż Infinite Warfare, jeszcze widoczniej pokazała wady współczesnych części. Sam wyposażyłem się w Legacy Edition, zgarnąłem obie gry w okolicach premiery. Pamiętam, z jaką przyjemnością i jednocześnie niedowierzaniem przełączałem się z nowego wymysłu Infinity Ward do starego, dobrego Modern Warfare.

Prostota i piękno rozgrywki. Nie trzeba było spędzać dziesiątek godzin w multiplayerze, żeby odblokować broń, która okazjonalnie pokazywała ci przeciwników na mapie albo odnawiała kawałek zdrowia po zabójstwie. Dostawałeś do ręki karabin, wybierałeś do niego parę prostych dodatków i gra od razu wrzucała cię na pole bitwy. Żadnych skrzynek, specjalistów z kosmicznymi umiejętnościami czy zbrojowni pełnej drzewek do odblokowania różnych rodzajów broni.

 

Daleki jestem jednak od stwierdzenia, że wolałbym, gdyby Infinite Warfare nigdy nie powstało. Przecież OpTic Gaming wygrało Call of Duty Championship! Dla takich osiągnięć FormaL’a mógłbym latać po suficie przez następną dekadę. Mówiąc jednak całkowicie poważnie, scena esportowa miała swoje momenty. Dużo przyjemniej oglądało mi się CoD-a w tym sezonie, niż gdy faktycznie miałem okazję złapać za pada. Cieszę się jednak, że wreszcie odejdziemy od kosmosu, wrócimy na ląd i dostaniemy tytuł, który zapowiada się na grę mającą spędzić oczekiwania długoletnich weteranów.