• Udostępnij na Google+

flaked

10 lat temu Chip wsiadł pijany do samochodu i doprowadził do śmiertelnego wypadku. Teraz, trzeźwy i w pełni świadomy, składa stołki w sklepie meblowym w Venice. Jego życie przewraca się do góry nogami, kiedy do słonecznego Los Angeles wprowadza się London. 

Nowa produkcja Netflixa. Nie chcę się za długo znęcać. Takie seriale najbardziej kojarzą mi się z „Californication”, chociaż David Duchovny raczej tego trendu nie rozpoczął. Nieważne z której strony patrzeć, „Flaked” jest o niczym. Chip zakochuje się w pięknym obiekcie westchnień swojego najlepszego przyjaciela. Przy okazji walczy z przeszłością, spotyka się ze znajomymi z AA i jeździ rowerem po Venice.

Takie scenariusze wymagają dobrej obsady. Abstrahując od ich aktorstwa, potrzeba chemii i charyzmy. W tym właśnie tkwi sukces „Californication”. Tymczasem żaden z Willa Arnetta David Duchovny. Na papierze może nawet nie wyglądać to tak źle, jednak każdy wątek zostaje bardzo szybko spłycony do kilku zdań. Piękne Venice mogło tutaj zagrać świetnego bohatera drugoplanowego, ale cały klimat i społeczność dzielnicy został sprowadzony do hipisowskiego znajomego Chipa. Za główny przejaw miłości twórcy dalej uważają wzdychanie nad miską płatków. Ciężko jednak było spodziewać się czegoś bardziej kreatywnego po tak banalnie rozpisanych postaciach. Brakuje polotu i odrobiny odwagi. Bardzo chętnie zobaczyłbym Los Angeles z perspektywy lokalnych knajpek, zamkniętej społeczności i ludzi walczących o wspólne dobro.

Całości dopełniają żarty z przekręcanych nazwisk i gwałcenia psów. W rezultacie humor udaje się jedynie okazjonalnie, a wątki dramatyczne ograniczają się do powtarzanego niczym mantrę „10 lat temu zabiłem człowieka”. Udane twisty fabularne wydawały się ostatnią nadzieją, ale twórcy szybko zniszczyli moje marzenia. W rezultacie można popatrzeć na ładne panie i urocze Venice. „Flaked” brakuje charyzmy, konsekwencji w prowadzonych wątkach, a przede wszystkim, sensu.