• Udostępnij na Google+

Prawie pół roku minęło już od premiery Nintendo Switcha. Nawet Amerykanie dorobili się już własnych egzemplarzy, początkowy szał nieco się uspokoił i wreszcie na konsolę można spojrzeć chłodnym umysłem. Uznałem, że kiedy większość przeszła już Zeldę, ograła ARMS, a Splatoon 2 ujrzał światło dzienne, przyszedł czas, żeby spisać swoje myśli.  

Nie miałem w planach kupowania Switcha. Teoria wyglądała kusząco, ale brak gier pozwalał odłożyć inwestycję na kolejne miesiące i po prostu poczekać na opinie użytkowników. Potem jednak zaczął się IEM w Katowicach, a na imprezę ze świeżo odpakowaną konsolą przyjechał znajomy, Artur. Najpierw pomachał kolorowymi joy-conami tuż przed moim nosem, by później odpalić Zeldę i podzielić się swoim szczęściem. Wszystko wydało mi się takie… intuicyjne. Konsola dobrze leżała w rękach, flagowy tytuł wyglądał obłędnie… Nagle zapragnąłem być częścią sukcesu Switcha 

Bogate w indyki początki

Pierwszy miesiąc opanowała Zelda. Ludzie grali, przechodzili kolejne etapy długiej przygody i trafiali na różne ciekawe znaleziska. Bogaty w zawartość tytuł o tyle ułatwił wszystkim zachwyty, że praktycznie każdy gracz w innej kolejności spotykał rewelacje porozrzucane po świecie przez deweloperów. Nawet wykonując fabularne zadania, można docierać do celu różnymi drogami. Screeny krążące po internecie i rekordowa ocena gry na Metacriticu tylko pomogły w promocji nowego gadżetu Nintendo 

Później wszystko nieco ucichło, a na oficjalnym Reddicie zaczęły pojawiać się osoby narzekające na brak gier. Tymczasem ja przeżywałem coś, co roboczo nazywam „syndromem PlayStation Vity” . Uwielbiałem konsolę Sony, płakałem nad brakiem wsparcia ze strony twórców i do premiery Switcha zabierałem ją w każdą najmniejszą podróż. Początki też zawsze były ekscytujące. Przez pierwsze miesiące wszystko wydawało się piękniejsze, kiedy trafiało na ekran nowego sprzętu od Nintendo. Nawet teraz jestem skłonny poczekać kilka miesięcy z kupnem jakiegoś tytułu, żeby upewnić się, czy nie czeka go premiera na moim handheldzie.

W ten sposób wsiąknąłem w świetne Graceful Explosion Machine, ścigałem się w chaotycznym FAST RMX, podziwiałem Wonder Boya i bez pamięci zakochałem się w Puyo Puyo Tetris.  Switch z początku był konsolą dla cierpliwych. Czekając na hity pokroju ARMS czy Splatoon 2, których daty premiery siedziały z tyłu głowy większości użytkowników Switcha, jedni zostawiali konsolę w spokoju i skupiali się na innych platformach, a inni odnajdywali urok w tym, co trafiało do eShopu każdego tygodnia.

Duży czy mały ekran?

Wierzcie lub nie, ale pierwszy raz podłączyłem swojego Switcha do telewizora w dniu zakupu ARMS, kilka tygodni temu. Wcześniej zupełnie nie czułem takiej potrzeby. Do tego momentu konsola Nintendo była w mojej głowie przede wszystkim konsolą przenośną. Doceniałem jej towarzystwo w tramwaju, włączałem ją na chwilę przed spaniem, żeby do snu zaliczyć kilka wyścigów rankingowych w Mario Karcie 8 albo po prostu pakowałem Switcha do torby, kiedy przychodził czas na kolejną podróż.  

ARMS rozpoczął jednak erę gier łatwiejszych do opanowania posiadaczom Pro Controllera. Skoro kupiłem oddzielne akcesorium, nowego pada do swojej konsoli, dlaczego nie mógłbym pójść o krok dalej i spróbować wreszcie zagrać na telewizorze… Stacja dokująca dumnie stanęła na PlayStation 4, otwierając kolejny rozdział w moim użytkowaniu Switcha. 

Muszę przyznać, że wiele gier mocno zyskuje na jakości, kiedy odpali się je większym ekranie. Nie miałem takiego problemu z Mario Kartem, spokojnie ścigając się na standardowych joy-conach, ale nie wyobrażam sobie grania chociażby w ARMS bez Pro Controllera. Podobne odczucia towarzyszą mi od kiedy kilka dni temu wreszcie kupiłem Splatoon 2. Bardzo przyjemnie przechodzi się jednoosobową „kampanię” w trybie przenośnym, ale jakiekolwiek podejście do multiplayera powinno następować równocześnie z włączeniem telewizora. Szczególnie że Splatoon zdaje się mocno faworyzować sterowanie kontrolerami ruchu.  

Kupować czy nie?

Jeżeli ktoś z Was jeszcze się nad tym zastanawia, stoicie przed dużo prostszym wyborem niż ja czy reszta graczy, którzy swoje decyzje podejmowali na początku marca. Teraz Switch ma za sobą kilkanaście tytułów będących doskonałymi argumentami za kupnem nowej konsoli. Co więcej, kiedy miłość do Zeldy odrobinę ucichnie, okazuje się, że Nintendo zrobiło kawał świetnego sprzętu do gry online.  

Aktualnie nie wyobrażam sobie życia bez Switcha. Może nie zastąpił mi komputera i będzie musiał się odrobinę namęczyć, żeby powalczyć z PlayStation 4 o miano podstawowej konsoli, ale jako sprzęt przenośny sprawdza się doskonale. W tramwaju zajmują czas Binding of IsaacTetris czy Graceful Explosion Machine, a po powrocie do domu można ograć kilku nowicjuszy w pełnoprawnych, złożonych multiplayerach. Optymizmem napawają również nadchodzące premiery takich tytułów jak Fifa 18 czy NBA2k18, które pozwolą otworzyć się Switchowi na użytkowników ignorowanych do tej pory przez poprzednie handheldy Nintendo 

 

Możecie potraktować dzisiejszy artykuł jako początek Nintendo Switcha na blogu. Mam nadzieję, że przez kilka następnych miesięcy uda mi się jeszcze trochę napisać o grach, usługach online czy nawet samych akcesoriach.  

Gdyby ktoś z Was uległ już magii Nintendo, poniżej zostawiam swój Friend Code. Zachęcam do dodawania, zostawiania swoich kodów w komentarzach i mam nadzieję, że zobaczymy się na torze Mario Kart 8 albo kolorowych mapach Splatoon 2.

FC:  SW-7629-8444-4882

  • Dawid Nowak

    a ja sie ciagle zastanawiam czy wziac new 2ds xl czy zainwestować w switcha

    • Ciężka sprawa… Ja osobiście 3DS-a swojego porzuciłem i nie odpaliłem, od kiedy kupiłem Switcha, ale ma on niezaprzeczalnie większą bazę gier. Klasyków.
      2DS byłby dobrą, znacznie tańszą opcją, żeby przekonać się, czy odpowiada Ci świat Nintendo, jeżeli jeszcze nie jesteś tego pewny. Masz tam tonę rewelacyjnych gier do ogrania, które pozwolą przeczekać odrobinę cenę Switcha i może potem stanieje.
      Jeżeli nie miałeś większego kontaktu z Nintendo, 2DS będzie bezpieczniejszy.