• Udostępnij na Google+

Przez długie lata królował TellTale. Walking Dead kradło serca kolejnych fanów, a Tales from the Borderlands przekupiło nawet mnie. Niedługo później pojawiło się Life is Strange, rzucając zupełnie nowe światło na ten wąski gatunek. Grałem w jedynkę, a kilka dni temu skończyłem pierwszy epizod prequela, Before the Storm. Przy okazji premiery nowego tytułu postanowiłem wrócić do obu gier i podzielić się z Wami swoimi wrażeniami…

Na początku chciałbym jeszcze tylko zaznaczyć, że nie musicie obawiać się żadnych spoilerów. Tekst zaplanowałem w taki sposób, żeby zachęcić tych nieświadomych fenomenu Life is Strange, wdając się jednocześnie w dyskusję z tymi, którzy już mają tę przygodę za sobą. 

Life is Strange

Najpierw wróćmy do Arcadia Bay, kiedy nadprzyrodzone umiejętności oraz problemy Max stały w centrum zainteresowania graczy. Nowość studia Dontnod Entertainment wzbudzała wtedy ekscytację ze względu na możliwość cofania czasu. Mogliście wybrać jedną z opcji dialogowych, poznać reakcję swojego rozmówcy i zdecydować, w jaki sposób chcecie być przez niego postrzegani. Ważniejszych decyzji nie można było jednak cofnąć, a sama umiejętność w moich oczach szybko stała się zbędna.

Już wtedy wyglądało to tak, jakby twórcy potrafili zrobić pięć przepełnionych emocjami epizodów o dwóch postaciach rozmawiających ze sobą w parku. Graczy udało się zachwycić bardzo zgrabną narracją i wyborami, których waga echem roznosiła się później po internecie. W tej kwestii Life is Strange działało na mnie odwrotnie do gier TellTale. W Tales from the Borderlands chłonąłem klimat, muzykę i wartości estetyczne, ale wiedziałem, że nie mogę tutaj wiele zepsuć.

Tymczasem Dontnod z godziny na godzinę budowało klimat, by w końcu uderzać przełomowymi decyzjami w najlepszym możliwym momencie. Moim zdaniem w tego typu grach nigdy nie chodziło o to, żeby zapewnić czternaście różnych zakończeń i fabularnych twistów niczym w Heavy Rain. Wystarczyło po prostu stworzyć pozory. Zbudować w graczu poczucie odpowiedzialności za losy głównego bohatera, pozwolić wczuć mu się w historię i wtedy postawić przed decyzją, która miałaby pozornie zadecydować o losach całego świata. Nawet gdyby wszystko prowadziło dokładnie w tym samym kierunku…

Nigdy nie uważałem jednak Life is Strange za grę idealną, mimo że Dontnod wyraźnie rozumiało, z czym ma do czynienia. Cofanie czasu nie powinno się w ogóle w tej grze pojawić, pierwsze epizody bardzo wolno się rozkręcały, a końcówka niepotrzebnie poszła w kierunku szokującego thrillera, zamiast skupić się na emocjach. Ostatnie godziny sprawiały wrażenie, jakby cała ta narracja i piękne widoki miały sprowadzić się do jednego, wyciągniętego z filmu kryminalnego wątku.

Before the Storm

Ponad dwa lata później przychodzi czas targów E3, a kiedy wreszcie na ekranie pojawia się Life is Strange, okazuje się, że Deck Nine pracuje nad prequelem. Max odchodzi na chwilę na bok, robiąc miejsce dla krótszego, składającego się z trzech epizodów Before the Storm, który miał nam przybliżyć relację Chloe i Rachel. Niecały tydzień temu swoją premierę miał pierwszy odcinek…

Zdecydowałem się na tak szybki zakup, ponieważ jedna rzecz była dla mnie jasna od samego porządku: żadnych specjalnych umiejętności. Wszystko wskazywało na to, że dostaniemy historię o zwyczajnej, zagubionej nastolatce, która nie zaczęła doceniać jeszcze swoich rodziców, a całe dnie spędza na szukaniu wymówek, żeby znów nie pójść do szkoły. Brzmiało to dla mnie jak ogromne pole do popisu dla tego, co w Life is Strange uważałem za najlepsze.

Z przyjemnością stwierdzam, że się nie pomyliłem. Pierwszy epizod zapewnił mi wszystko to, czego spodziewałem się po Before the Storm. Dostałem zalążek historii rodem z filmów pokroju Charlie czy Me and Earl and the Dying Girl, które tak uwielbiam. Z powrotem wracamy do Arcadia Bay, przez ekran przewijają się charakterystyczne dla Life is Strange urokliwe widoki. Twórcy bardzo zgrabnie przypominają nam również o pierwszej części. Regularnie na myśl przychodzą dialogi pomiędzy Chloe i Max, a miejscom, które wcześniej widzieliśmy po raz pierwszy, zostaje przypisana nowa historia.

Najbardziej urzeka mnie to, że dialog jest tutaj głównym źródłem rozrywki. Przez większość czasu twórcom nie potrzeba wybuchów, bójek czy awantur, żeby wzbudzić zainteresowanie gracza. Całkiem interesująco zapowiada się również nowy dodatek do Life is Strange, pyskówki. Kiedy znajdujemy się w trudnej, podbramkowej sytuacji, rozpoczyna się coś w rodzaju mini-gry. Dialogi stają się bardziej agresywne, a błyskotliwe odpowiedzi wybieramy z chęcią odgryzienia się swojemu rywalowi. Co więcej, każda kolejna rozmowa lub obserwacja, potrafi później otwierać nowe możliwości, dodając Chloe argumentów w ewentualnej pyskówce.

Rysy na szkle

Podobnie jednak jak w przypadku Life is Strange, krytyka w kierunku Before the Storm byłaby całkowicie zrozumiała. Nie ukrywam, że Chloe na początku działała mi na nerwy. Tona dialogów mających na celu podkreślenie buntu młodej dziewczyny i agresywne podejście do każdego, nawet najmniejszego konfliktu, potrafi po kilkudziesięciu minutach porządnie zirytować. Na szczęście ktoś z Deck Nine w końcu w tę grę zagrał i postanowił naprawić popełnione błędy.

Before the Storm szybko zaczyna stawiać nas bowiem w sytuacjach, gdzie nie musimy w kółko chodzić, tupać nogą i ogłaszać malowniczą Zatokę najgorszym miejscem na całej planecie. Spędziłem 20 minut, grając z „nerdami” w Dungeons & Dragons przed szkołą, nie wypowiadając nawet jednego, negatywnego zdania. Okazało się, że można czasami dobrze się bawić, rezygnując na chwilę ze swojego buntowniczego nastawienia.  Z czasem Chloe zaczyna nawet wzbudzać sympatię. Kiedy nawiązujemy kontakt z kolejnymi bohaterami, a dziewczyna zaczyna szczerze odpowiadać na zadawane jej pytania, historia staje się coraz bardziej rzeczywista.

Przestrzegam jednak osoby uczulone na stereotypy. Chloe to typowa, zbuntowana nastolatka, która najchętniej rzuciłaby szkołę, uciekła z domu i podróżowała za swoją ulubioną punk rockową kapelą. Rachel, córka bogatego małżeństwa, uwielbiana przez całą szkołę, która „wcale nie jest taka, jak wszystkim się wydaje” jest pod tym kątem równie przewidywalna. Jeżeli kiedykolwiek widzieliście jakiś film obyczajowy, pierwszy epizod nie powinien dostarczyć Wam wielu niespodzianek. Wciąż pozostaje jednak ta część Before the Storm, której nie doświadczycie nigdzie indziej. Tutaj możecie stać się częścią intrygującego, zabawnego i bardzo atrakcyjnego wizualnie filmu. Możecie podejmować decyzje za główną bohaterkę, decydować o jej nastawieniu do poszczególnych postaci i z satysfakcją wygrywać „pyskówki” z tymi, którzy niekoniecznie przypadli Wam do gustu.

 

Before the Storm bez wątpienia polubiłem dużo szybciej niż Life is Strange. Na pewno wynika to po części z mojego nastawienia do każdej z gier w momencie ich włączania, ale aktualnie za bardzo o to nie dbam. Czekam ze zniecierpliwieniem na drugi odcinek. Z czystym sumieniem polecam oba tytuły i proponowałbym ogrywać je jednak w kolejności powstawania. Dużo więcej rozumiem z przygód Chloe, mając na uwadze wydarzenia z pierwszej części. Nie jestem pewny, czy w drugą stronę działałoby to tak samo…

Na koniec zostawiam Was z testową galerią screenów. Chciałbym dołączać takie krótkie pokazy slajdów do każdego artykułu z wrażeniami z gier. Dajcie znać, jak zapatrujecie się na taką formę prezentowania zrzutów ekranu! 

Life is Strange: Before the Storm