• Udostępnij na Google+

Oczekiwanie oficjalnie uważam za zakończone! Po miesiącach licznych zwiastunów, plotek z nadchodzącej gry i zdjęć edycji kolekcjonerskich przewijających się przez Twittera, wczoraj wreszcie dostaliśmy w swoje ręce Destiny 2. Skończyłem już główne misje fabularne, wbiłem maksymalny poziom, a niedługo rozpocznę grind po lepszy ekwipunek. Zanim jednak ponownie zawitam na Orbicie, powiem Wam, jak upłynęło mi pierwszych 15 godzin…

Podobnie jak w poprzednim tekście, chciałbym zaznaczyć na początku, że nie musicie obawiać się spoilerów. Sam nigdy o to nie dbałem, ale wiem, jak uczuleni są na to fani gier, filmów czy seriali. Jeżeli kiedykolwiek zapragnę podyskutować wyłącznie z osobami, które zapoznały się już z omawianym tytułem, postaram się to bardzo dosadnie zaznaczyć. Na razie zapraszam Was na bezspoilerowe opowieści o początkach w Destiny 2

Science fiction w pełnej krasie

Pamięta ktoś może fabułę Destiny? Jakieś wspomnienia z wbijania maksymalnego poziomu? Podstawowa wersja gry została zjedzona przez krytyków, zarówno ze względu na część fabularną, jak i dalszy brak zawartości. The Taken King nauczył się trochę na błędach poprzedników, wprowadzając więcej cutscenek oraz wyraźniejszą, bardziej zrozumiałą historię. To jednak Destiny 2, w oczach ogromnego fana pierwszej części, wygląda na ostateczną wersję gry.

Pierwsze różnice zaczynają się w samym trybie fabularnym. Przechodzimy dwie misje, odblokowujemy opcje społecznościowe oraz słynną Farmę. Mija kolejna godzina, pojawiają się nowe możliwości i wszystko sprawia wrażenie bardzo przemyślanego. Misje fabularne naszpikowane są świetnymi cutscenkami. Wreszcie wiemy, jakie jest nasze zadanie. Maksymalny poziom wbijałem razem z Konradem, znajomym z redakcji Konsolowe, śmialiśmy się i śpiewaliśmy przez wszystkie etapy strzelania, ale kiedy pojawiały się przerywniki filmowe, obaj mimowolnie przestawaliśmy się odzywać…

Mamy do czynienia z bardzo prostą fabułą, którą po części zapowiadały już beta testy. Wykonujemy różne zadania, walczymy z przeciwnikami znanymi z pierwszej części Destiny, eksplorujemy kolejne planety, a twórcy regularnie przypominają nam o osobie odpowiedzialnej za całe to zamieszanie. Całość przypomina więc piękny, świetne zmontowany i udźwiękowiony film science fiction. Bungie na każdym kroku dba o walory estetyczne swojego tytułu. Destiny 2 wygląda naprawdę pięknie, misje są różnorodne, zaprojektowanie poziomów imponuje, a muzyka towarzysząca niektórym fragmentom, wręcz zwala z nóg.

Prosta, zrozumiała fabuła nie przeszkodziła jednak twórcom w zadaniu kilku bardzo ważnych pytań podczas naszej drogi do 20 poziomu. Bohaterowie sporo zastanawiają się nad tym, co to znaczy być Strażnikiem, a niektóre dramatyczne cutscenki mocno pracują na to, żeby uświadomić graczom, jak duży ciężar spoczywa na ich plecach. Gdyby tego było mało, historię możemy poznać również poprzez przygody, coś na wzór misji pobocznych rozsianych po każdej z planet. Mogliśmy w ten sposób nie tylko zdobyć nowe przedmioty do ekwipunku, ale również posłuchać kolejnych interakcji pomiędzy głównymi postaciami.

Dzięki przemyślanej części fabularnej, najważniejsi bohaterowie Destiny 2 nareszcie nabrali charakteru i dostali swoje łatki. Lecę teraz na Wieżę, rozmawiam z Cayde-6 czy Zavalą i nie są to dla mnie postaci obojętne. Dialogi są zabawne, nasz Ghost po raz kolejny robi kawał dobrej roboty, a luźne podejście do życia Cayde’a przynosi bardzo dużo dobrego dla uniwersum Destiny. W rezultacie część fabularna sprawia mnóstwo przyjemności, uśmiechu i pozwala bardzo optymistycznie patrzeć na nadchodzące aktywności.

Dobra zmiana

Misje fabularne oraz poboczne nie są jednak jedynymi dostępnymi podczas levelowania możliwościami. Bungie po kolei udostępnia graczom wszystkie planety, a im dalej zagłębiamy się w story mode, tym więcej aktywności zostaje odblokowanych. Wróciły public eventy oraz patrole, a nowością na każdej z planet są zadania, odpowiedniki daily. Codziennie wejście w jakąś lokację, strike albo PvP, otworzy listę małych questów, które możemy wykonać podczas danej aktywności.

Stopniowo odkrywane przez Bungie karty uświadomiły mi przede wszystkim to, jak przemyślane tym razem są działania twórców. Wreszcie dostaliśmy mapę lokacji! Wystarczy przytrzymać touchpad, żeby zobaczyć na ekranie całą planetę, dostępne na niej misje oraz… punkty szybkiej podróży! Liczba usprawnień w Destiny 2, które w języku angielskim można podpisać pod ładne sformułowanie „quality of life”, jest naprawdę niebywała.

Kiedy pomyślę o wszystkich irytujących mnie aspektach pierwszej części, większość z nich została już tutaj poprawiona. Skończyliśmy z ciągłym wracaniem na Orbitę, żeby rozpocząć kolejną misję. Destiny 2 nareszcie sprawia wrażenie MMORPG. Możemy polecieć na jakąś planetę i spędzić tam długie godziny, wędrując pomiędzy public eventami, przygodami czy patrolami. Na czas levelowania zniknął nasz ukochany sparrow, główny sposób poruszania się po mapie, ale ostatecznie nawet to uważam za plus. Bungie udało się stworzyć kawałek pięknego, imponującego świata, a w ten sposób zmuszają nas do odrobiny spaceru, rozejrzenia się dookoła i otworzenia kilku skrzynek.

Na ostateczną ocenę Destiny 2 najbardziej wpłynie debiutujący 13 września raid. Wtedy wreszcie będziemy mieli przed sobą większość dostępnych aktywności. Na ten moment wygląda to na grę, jaka powinna się pojawić trzy lata temu. Świetna, zrozumiała fabuła, sprawne poruszanie się po mapie oraz end game zapewniający dostatecznie dużo sposobów na zdobycie lepszego ekwipunku. Bungie dostało właśnie świeży start. Pozostaje rozsiąść się wygodnie na fotelu, złapać za pada i czekać, jak postanowią to wykorzystać…

Na koniec, wedle ostatniej obietnicy, po raz kolejny zostawiam Was z obfitą galerią zdjęć.

Destiny 2