• Udostępnij na Google+

maxresdefault

Skończyłem! Wziąłem głęboki oddech przy pierwszym odcinku, a powietrze wypuściłem po napisach końcowych trzynastego epizodu. Dzisiaj powiem wam, dlaczego uważam ten sezon za najlepszy do tej pory. Część zawierająca spoilery została dokładnie zaznaczona. 

Jeżeli jeszcze nie oglądaliście czwartego sezonu, należycie do którejś z trzech grup: a) Jesteście na bieżąco, ale nie znaleźliście jeszcze czasu; b) nigdy nie oglądaliście House of Cards; c) przerwaliście oglądanie w trakcie trwania serialu.

Osobom dumnie reprezentującym pierwszą grupę proponuję odłożenie wszelkich seriali i zabranie się za przygody Franka Underwooda. Jeżeli wasz czas na seriale ogranicza się do trzech odcinków dziennie, nie widzę aktualnie lepszego sposobu na spożytkowanie tej wolnej przestrzeni.

Druga grupa powinna chociaż spróbować. Należę do osób, których uwagę ciężko jest przykuć. Zazwyczaj oglądam seriale, grając w coś na komputerze, przeglądając Internet albo pisząc dla was jakiś artykuł. House of Cards od pierwszych minut dało mi jasne przesłanie: „Odłóż tego laptopa, kolego, zostaw grę w spokoju i patrz się w telewizor.”. Najbardziej szanuję ten serial za to, że nie pożałowałem tej decyzji. Przyznaję, że trzeci sezon nie należał do najlepszych i momentami tęskniłem za zagrywkami z pierwszego, ale to dalej nie była rozrywka z serii tych pt. „Przemęczę się, dalej będzie lepiej”. Ostatnie 13 odcinków chwyta widza za gardło, przypominając najlepsze chwile z serialem.

Nie ma lepszego momentu, żeby trzecia grupa wróciła do oglądania. Jeżeli przerwaliście oglądanie na trzecim odcinku, może niekoniecznie chwyciliście konwencję, ale znam kilka osób, które dały sobie spokój w trzecim sezonie. Doszły do wniosku, że to już raczej koniec ich przygody i wrócą jedynie za nieustającymi namowami. Więc oto jestem i namawiam. Czwarty sezon jest kapitalny.

 

 

 

 

SPOILERY

Od pierwszych minut widać, że coś się pozmieniało. Serial wydaje się dużo groźniejszy, ostrzejszy, a z tyłu głowy ktoś coraz głośniej szepcze o nadchodzącym kryzysie. Netflix po raz kolejny zgrabnie korzysta ze swojej oryginalnej formuły publikowania produkcji. W rezultacie mamy do czynienia z długim, podzielonym na trzy części, filmem. Pierwsza z nich zapowiada konflikt między Prezydentem a Pierwszą Damą. Claire ewidentnie podkopuje decyzje swojego męża i zapowiada rywalizację między Underwoodami. Druga część odwraca wszystko do góry nogami, a serial wraca do korzeni, dając nam małżonków wspólnie pracujących nad kolejnymi przemowami i planujących wspólny sukces. Ostatnia część to oczywiście problem ICO.

Z przyjemnością donoszę, że House of Cards dojrzało do momentu, w którym nie musi już głębiej ukrywać nawiązań politycznych. Problem nielegalnej broni, ICO… Wróciła przy okazji magia serialu. Niejednokrotnie przypominał mi się, najlepszy do tej pory, pierwszy sezon. Bezbłędny Kevin Spacey po raz kolejny udowadnia, że śmiało uciągnąłby monodramat. Wspólne sceny Claire i Franka wracają na właściwe tory, czego udowadnia ostatnie kilka minut. Gęsia skórka.

Czwarty sezon jeszcze mocniej uświadamia widzom, jak niewiele dzieli nas od faktycznej wojny. Może podejście przywódcy jest dalekie od rzeczywistości, ale problemy, z którymi musi sobie radzić, nie są przecież wyssane z palca. Fakt, że House of Cards czerpie wątki przewodnie z codzienności, tylko wzmacnia odbiór całości. Jeżeli dodać do tego świetnie rozegrany wątek rodziny Conwayów i całkowity brak świadomości mediów, możemy wyciągnąć naprawdę niepokojące wnioski.

Jakieś mankamenty? Tak, oczywiście. Ten sezon też nie jest bez wad. Pozytywny odbiór zależy w dużej mierze od wniosków wyciągniętych z poprzednich odsłon serialu. Przestanę już czepiać się wątków rozwiązywanych w kilka godzin. Nie trzeba być Prezydentem, żeby wiedzieć, że w polityce nic nie dzieje się tak szybko i bezpośrednio. House of Cards już od dawna nagina zasady, ale to tylko podkreśla fikcyjność. Nie podobał mi się charakter powrotu Thomasa Yatesa. Cenię go jako postać, ale został na dłużej w serialu przez bardzo proste pobudki. Mam wrażenie, że z wątku Thomasa i Claire można by wyciągnąć dużo więcej niż „spełnianie potrzeb Pierwszej Damy, którym nie jest w stanie sprostać Frank”. Z kolei samo zakończenie podkreśla dwuznaczność sytuacji, w której aktualnie znajduje się serial. Z jednej strony podkreśla, że u władzy są osoby bezwzględne i zdolne do wszystkiego, ale z drugiej nie spodziewam się już niczego po kolejnym sezonie. Czekam na niego, z czystej ciekawości, jednak wojna wywołana na końcu sezonu odbiera przyjemność niewiedzy. To już nie jest polityczna zagrywka i manipulacja.

Nie zmienia to jednak faktu, że czwarty sezon jest zdecydowanie moim ulubionym. Pierwszy faktycznie robił największe wrażenie, ale zaskoczenie przychodzi dużo łatwiej. Niczego się nie spodziewamy, widzowie patrzą jedynie z perspektywy kilku linijek opisu fabuły na IMDBb. Tymczasem ostatnie 13 odcinków stało się dużo bardziej bezpośrednie i jako całość wypada zdecydowanie najlepiej. Pytanie tylko, co będzie dalej…