• Udostępnij na Google+

 

W miniony weekend odbył się pierwszy turniej Call of Duty: Infinite Warfare. Obok fanów czekających na nową część Crasha i tłumów aplauzujących zapowiedziane The Last of Us 2 organizatorom udało się zebrać czołowe drużyny światowego CoD-a. Emocje opadły, gracze FaZe podnieśli puchar, a ja wreszcie mogę na spokojnie zastanowić się, jak zapatruję się na CWL 2017 (Call of Duty World League). 

Pograłem trochę w multiplayer, naoglądałem się mnóstwa scrimów Optic Gaming, ale nie było do tej pory okazji, żeby obejrzeć turniej z prawdziwego zdarzenia. Zaliczyłem więc kilka nieprzespanych nocy i powoli zaczynam rozumieć, jak będzie wyglądał nadchodzący sezon Infinite Warfare.

 

Breakout faworytem graczy 

COD-Infinite-Warfare-Breakout-02

Mapy są aktualnie aspektem, do którego najtrudniej jest mi się przekonać. Breakout i Throwback mogą dawać radę, ale reszta pozostawia wiele do życzenia. Diabeł tkwi w szczegółach. Grze na niektórych lokacjach towarzyszy ciągłe uczucie braku kilku przeszkód. Dziwne puste przestrzenie, zaskakująco długie wallruny, wielkie otwarte pole zaraz obok wysokiej i zawalonej sianem stodoły…

Ogromne znaczenie mają też porozstawiane po mapach przeszkody, zza których graczom wystają wyłącznie głowy, tzw. ‚headglitche’. Najwięcej można oczywiście wyciągnąć z takich miejsc podczas trybu hardpoint. Rotacja między punktami następuje znacznie szybciej, a zawodnik schowany za jedną z takich przeszkód jest w stanie bardzo łatwo obronić obszar, czasem nie dając się nawet zranić przeciwnikom. Bardzo wyraźnie widać podczas treningów, jak wzrasta priorytet na wczesne zajmowanie punktu i ile może zrobić jeden gracz, zajmując odpowiednią pozycję.

Problemy niektórych map na szczęście mocno zacierają się podczas transmisji. Gra jest dynamiczna, kamera płynnie zmienia się między zawodnikami i brakuje czasu, żeby zatrzymywać się nad szczegółami. Najbardziej boli chyba mocny brak balansu. Doskonałym przykładem jest chociażby Uplink na mapie Precinct, gdzie jedna ze stron potrzebowała raptem kilku sekund między ciasnymi budynkami mapy, by zdobyć kilka punktów dla drużyny.

 

OSA zbyt mocna? 

Jeżeli chodzi o bronie, zawodnicy nie pozostawiają żadnych wątpliwości. OSA jest wybierana ponad praktycznie każdym innym gnatem. Powód? Obrażenia karabinu, szybkostrzelność pistoletu maszynowego. Powyższy filmik pokazuje, że Crimsix wiedział już o potencjale tej broni od jakiegoś czasu, a CWL PlayStaton Experience Invitational tylko to potwierdził. Niektórzy decydowali się na okazjonalne granie z Eradem, ale poza tym OSA absolutnie króluje.

Mam takie wrażenie, że ten stan rzeczy nie utrzyma się do startu sezonu CWL. Wrócą pewnie bany broni podczas rankingowych gier i wtedy będzie trzeba zastanawiać się nad alternatywami. Infinite Ward będzie chciał raczej dążyć do balansu z Black Opsa 3, kiedy wyposażenie wybierało się zależnie od spełnianej roli.

Co ciekawe, większość graczy używa celowników. Często zależy to od używanej broni, ale generalnie takie rozwiązanie nie tylko wpływa na stabilność, ale również znacząco poprawia widoczność. Poprzednia część przyzwyczaiła nas do całkowitego ignorowania celowników. Trochę się pozmieniało.

 

Search&Destroy wciąż na topie

codiw05

Przez ‚top’ mam w tym przypadku na myśli ilość dostarczanych emocji. Uplink jest zabawny, a Hardpoint bardzo szybki, ale to stare dobre S&D nie pozwalało mi spać po nocach. Dalej przechodzą mnie ciarki, kiedy przypomnę sobie powrót eEnited z 0:5 na 5:5. Podejrzewam, że ta część Call of Duty nigdy się nie zmieni.

Pod względem widowiska PlayStation Experience Invitational spisał się naprawdę znakomicie. Mieliśmy sporo kapitalnych comebacków, kilka niespodzianek i europejskie drużyny pokonujące niezwyciężonych Amerykanów. Źródłem emocji były zarówno te kapitalne pojedynki 1v2 czy 1v3, ale również przeróżne pomyłki charakterystyczne dla wczesnego etapu gry. Niektórzy zacinają się na przeszkodach, nie znając jeszcze map na pamięć, a Lonny’emu udało się nawet zabić trzech swoich kolegów z drużyny jednym kill streakiem.

 

Naprawdę przyjemnie ogląda się esportowe początki Call of Duty. Ci sami zawodnicy, w podobnych składach, zabierają się za nową grę. Trenują, uczą się map, przyzwyczajają do nowości i starają się jak najszybciej przenieść opanowane wcześniej mechaniki do kolejnego tytułu. Zawsze uważałem ten okres za jeden z najbardziej ekscytujących z perspektywy widza. O tym jednak innym razem. Na razie przygotowania do sezonu zaczynają nabierać coraz szybszego tempa, a kolejnym przystankiem turniej w Las Vegas 16-18 grudnia.