• Udostępnij na Google+

Przyszedł czas, żeby kolejny raz porozmawiać o Nintendo Switchu. Skoro mamy już za sobą pierwsze zachwyty i generalne omówienie konsoli, warto wspomnieć coś więcej o grach. Biblioteka nowego hanhelhda rośnie, a zapowiedziane tytuły pozwalają z wypiekami na twarzy czekać na nadchodzące miesiące. Z tygodnia na tydzień pojawia się coraz więcej gier, które potrafią umilić nasz czas pomiędzy Zeldą a Splatoonem. Oto kilka z nich… 

Graceful Explosion Machine

Gra studia Vertex Pop była moim pierwszym przyjemnym zaskoczeniem na Nintendo Switchu. Wyszła bardzo blisko premiery samej konsoli, a na mój dysk trafiła wtedy, kiedy pierwszy raz zacząłem szukać jakiegoś sposobu na spędzenie czasu pozostałego do premiery ARMS czy Splatoon 2. Pierwszy raz odpaliłem wtedy Graceful Explosion Machine i teraz z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że musiałby się zdarzyć cud, żebym usunął go ze swojej konsoli. 

Na pierwszy rzut oka miałem nadzieję na coś pokroju Resoguna, w którego zagrywałem się jeszcze na PlayStation Vita. Zakup odrobinę naprostował moje oczekiwania, wręczając mi świetny, bardzo powtarzalny arcade. Siadamy za sterami małego statku. Akcja dzieje się wyłącznie w 2D, a naszym zadaniem jest przetrwanie kolejnych fal przeciwników. Mamy do dyspozycji kilka różnych rodzajów ataków, mniej lub bardziej obszarowych, a do tego umiejętności dodające sporo mobilności. 

Z każdą kolejną odblokowaną planszą zmienia się otoczenie, poznajemy swoich nowych rywali, a kluczem do sukcesu szybko okazuje się odpowiednie dobieranie arsenału broni. Gdyby tego było mało, gra nieustannie nalicza punkty, by ostatecznie ocenić podjętą próbę i uplasować nas w ogólnoświatowym rankingu. Poziom powtarzalności sięga sufitu, czyniąc z każdej podróży tramwajem walkę o pobicie najlepszych wyników swoich znajomych. 

Graceful Explosion Machine to kawał świetnej gry, w pełni wartej swojej ceny. Nie jest to może głośny tytuł AAA, który oczaruje Was od pierwszych sekund i skradnie dziesiątki godzin życia, ale jest godnym reprezentantem gier idealnych na przenośną wersję Nintendo Switcha. Jeżeli kręci Was rywalizacja i lubicie patrzeć na rosnące w oczach cyferki, podziękujecie mi później. 

Puyo Puyo Tetris

Widzę ten sarkastyczny uśmieszek na Waszych twarzach. Uwierzcie mi, miałem dokładnie to samo, kiedy trafiłem na pierwszą osobę, która mówiła mi o tej grze. Bez wątpienia jest to moje największe dotychczasowe zaskoczenie na Nintendo Switchu, ale wynika to głównie z niepozornego wyglądu Puyo Puyo Tetris

Już sama nazwa dawała mi do zrozumienia, że to musi być jakaś gra dla dzieci. Przejrzałem screeny zaciekawiony opiniami graczy i utwierdziłem się w swoim wcześniejszych przekonaniu. Błąd wytknęła mi dopiero praktyka, kiedy kilka tygodni później zdecydowałem się na zakup, szykując się na kolejną, długą podróż pociągiem. 

W rezultacie gra Sonic Team okazała się połączeniem dwóch rzeczy – Tetrisa oraz Puyo Puyo. Pierwszy z nich powinien być znany większości z Was. Tutaj nie zmieniło się absolutnie nic. Z kolei w Puyo Puyo z góry ekranu zawsze zlatują dwie, różnokolorowe kuleczki. Naszym zadaniem jest ustawienie ich w taki sposób, żeby jak najwięcej z nich zostało zniszczonych w tym samym momencie, tworząc combo. Przypomina to po prostu zwykłe Match 3, z tą różnicą, że musimy połączyć ze sobą cztery „puyo”. 

Drugim zaskoczeniem jest wysoki poziom trudności, czego nie spodziewałem się po kolorowych screenach. Oprócz kilku trybów dla każdej z gier, które pozwalają nam trenować swoje umiejętności i bić kolejne rekordy, Puyo Puyo Tetris ma również dosyć obszerną kampanię. Całość opiera się na krótkich dialogach pomiędzy postaciami prowadzących do pojedynków pomiędzy nimi. Oprawa graficzna po raz kolejny wprowadza w błąd, a wiele walk okazuje się naprawdę sporym wyzwaniem. 

Do kampanii oraz licznych trybów dochodzi również bardzo rozwinięta gra online. Możemy wybrać Tetrisa lub Puyo Puyo i stanąć ramię w ramię z przeciwnikiem z drugiego krańca świata. Widać, że twórcy nastawili się w dużym stopniu na rywalizację sieciową. Gracze dostają nawet możliwość obserwowania pojedynków pomiędzy najlepszymi zawodnikami, żeby podpatrzeć ich sposób gry. 

Wonder Boy: The Dragon’s Trap

Ostatnie zaskoczenie będzie bardziej osobiste. Podejrzewam, że dla starszych, bardziej doświadczonych graczy nie będzie to żadna niespodzianka, jak dobrze grało mi się w Wonder Boya. Jeżeli ktoś w latach 90-tych nie zagrywał się jeszcze w Castlevanię czy Metroida, ten tytuł powinien zaskoczyć Was tak samo jak mnie. 

Wonder Boy: The Dragon’s Trap jest klasycznym przykładem metroidvanii. Wcielamy się w przeklętego robota, który chodzi aktualnie po świecie pod postacią ziejącego ogniem smoka. Żeby uwolnić się od ciążącej na nim klątwy, Wonder Boy musi pokonać czyhających na niego wrogów. Wędrujemy więc po świecie, walczymy z przeróżnymi przeciwnikami i odkrywamy kolejne lokacje. 

Jak przystało na metroidvanię, z czasem odblokowujemy również nowe możliwości, które pozwalają nam docierać w konkretne miejsca. Zaczynamy pływać oraz wspinać się po ścianach. Oprócz standardowej dla tego gatunku rozgrywki, Wonder Boy wygląda naprawdę ładnie. Jest na czym zawiesić oko, odkrywając kolejne sekrety gry, a gdyby ktoś cenił sobie bardziej oldschoolowy klimat, twórcy przewidzieli również tryb retro. 

Panowie z Lizardcube przywrócili do żywych naprawdę rewelacyjną grę. Całość działa i wygląda bardzo imponująco. Od pozostałych dwóch tytułów różni się jedynie tym, że tutaj powtarzalność praktycznie nie istnieje. Wonder Boy: The Dragon’s Trap to jedna z tych gier, do której nie będziecie raczej wracać po przejściu. Jest to jednak naprawdę przyjemne i warte uwagi osiem godzin.